Wstałem o szóstej rano... Niestety, ale zawsze muszę tak wstawać, bo do szkoły mam dosyć daleko. Niechętnie wyciągnąłem rękę spod kołdry by wyłączyć budzik w moim telefonie. Na szczęście zima się już skończyła, dlatego też o szóstej jest już widno. Przebrałem się w ubrania, które naszykowałem sobie już wczorajszego wieczoru i zszedłem do kuchni. Tam zastałem mojego tatę, pijącego poranną kawę i moją siostrę jedzącą jajecznicę... (jak można to w ogóle jeść.. ohyda ble). Mama i młodszy brat zawsze spali do siódmej... takim to dobrze. Przywitałem się zwyczajnym "cześć" i zabrałem się za własne śniadanie, jakim były płatki z mlekiem. Nie będę opisywać tutaj każdej chwili przy śniadaniu, bo to raczej nie ma sensu. W każdym razie przed siódmą wyszedłem z domu i poszedłem na autobus. Chyba nikt nie przepada za porannym jeżdżeniem do szkoły autobusem, co? Taki tłum, że ledwo się mieszczę, a jestem szczupły i niespecjalnie wysoki. Jedyne 167 cm. Póki co, nadal rosnę. Czułem się jak sardynka w puszce... Na szczęście po dwudziestu minutach dojechałem na mój przystanek i ruszyłem do szkoły. Nie specjalnie lubię się uczyć, ale też nie za często narzekam że muszę iść do szkoły ponieważ mam tam wspaniałych przyjaciół. Oczywiście, są też osoby które za mną nie przepadają, aczkolwiek nie mieszam się w żadne konflikty, w przeciwieństwie do mojego przyjaciela.
Lekcje zacząłem matematyką, której tak bardzo nie znoszę. Na szczęście przerabialiśmy dział geometrii, to jeszcze nie tak źle. Wolę to niż funkcje, pierwiastki, procenty i tego typu rzeczy. Na jeżyku angielskim trochę się zestresowałem, bo okazało się, że nie odrobiłem pracy domowej, a nasza nauczycielka, która swoją drogą jest Brytyjką, miała zamiar ją sprawdzać. Chyba miałem szczęście po raz kolejny tego dnia, bo za nim doszła do mnie zadzwonił dzwonek na przerwę. Uf... Tym razem mogę się cieszyć z tego, że jestem prawie na końcu listy obecności. Na stołówce, podczas przerwy obiadowej nie działo się nic ciekawego, rozmawialiśmy i jedliśmy... to chyba wszystko. Ja od czasu do czasu zerkałem na dziewczynę siedzącą parę stolików dalej. Robiłem to niezauważalnie, nie chciałem by ktoś się doczepił i wypytywał o to czy mi się podoba. A owszem, podoba mi się. Ale to tak między nami.
K (inicjał mojej przyjaciółki, nie chcę pisać ich imion więc niebawem wymyślę im ksywki)
T ( Inicjał mojego przyjaciela)
O (Inicjał dziewczyny, która mi się podoba)
A więc przedstawię krótki dialog, jaki prowadziliśmy na stołówce, ale nie gwarantuje, że będzie to ciekawe.
T: Słyszysz? Hej!
Ja: Ha?
T: Raanyy.. znowu się zamyśliłeś? Rozmawiamy na poważny temat, a ty tak sobie odpływasz.
K: Ostatnio często się zamyślasz.. Może jesteś chory? <przyłożyła mi rękę do czoła, ale szybko ja odtrąciłem>
Ja: Nic mi nie jest. Po prostu zagapiłem się, to nic. O czym mówiliście?
K: O pracy domowej z Fizyki, mieliśmy ją robić w grupach, pamiętasz? Dzisiaj u mnie po lekcjach.
Ja: A.. no tak, w porządku.
T: Powiedz mi <zbliżył się do mojego ucha> Zakochałeś się co?
<Zrobiłem wielkie oczy, bo nie spodziewałem się, że ten dureń może palnąć taką rzecz... właściwie to może nawet trafił w sedno, ale wydawało mi się, że takie rzeczy możliwe są tylko w filmach.>
Ja: Nie ma mowy! To znaczy.. nie teraz... o co ci w ogóle chodzi?
T: O nic, o nic <Machnął ręką z dziwnym uśmiechem na twarzy, a K patrzyła na nas niezrozumiale.. Nie dziwię się jej>
Lekcje skończyłem o piętnastej i od razu po szkole ruszyliśmy do domu K. Po drodze, rozmawialiśmy o koszykówce, którą uwielbia T, ale ja również lubię ten sport. K jest bardzo aktywną dziewczyną, to też ten temat nie był jej obcy. W domu mojej przyjaciółki, jej mama poczęstowała nas ciastkami i herbatą, pogadaliśmy jeszcze trochę a potem zabraliśmy się za projekt z fizyki. Szło nam opornie, a raczej najbardziej mi, bo nie jestem zbyt mądry w ścisłych przedmiotach. Fizykę trochę czaję, ale też bez przesady. Jednak po dwóch i pół godzinie wreszcie skończyliśmy i na prawdę liczymy na piątkę.
W okolicach godziny dziewiętnastej wróciłem do domu i od razu na wejściu dostałem ochrzan, że wracam tak późno, i że nie dałem znać, że poszedłem po lekcjach do K, i za to, że nie odbierałem telefonu.. Nie moja wina, że miałem wyciszony. Eh.. rodzice. Po zjedzeniu kolacji, poszedłem odrabiać lekcję. Nie znoszę tego, ale jak trzeba, to trzeba. Z odrabianiem lekcji zeszło mi godzinę, to nie zbyt wiele, ale muszę przyznać, że nie przykładałem się za bardzo.. Wiem, bywam dosyć leniwy. Potem poszedłem się umyć i spać. Tak mi minął poniedziałek.
Tak właśnie, wyglądam na większości lekcjach.
Ta sama rutyna co w poniedziałek, czyli pobudka o szóstej rano, pośpiech na autobus, w szkole do piętnastej. Tyle, że tego dnia mam trening tenisa po lekcjach, tak więc musiałem pojechać do clubu tenisowego. Na samych lekcjach nie działo się nic specjalnie ciekawego. Nie było żadnej kartkówki ani testu, ani z niczego nie zostałem zapytany, więc można powiedzieć, że lekcję minęły tego dnia bardzo przyjemnie. Na treningu nasz bezwzględny trener jak zwykle dał na m wycisk. Ćwiczenia na rozciągniecie mięśni, potem dwadzieścia okrążeń w okół budynku klubu, i dopiero trening na kortach. Zawsze lubiłem sport, ale nigdy jakąś nie uwielbiałem. Jednak gdy w czwartej klasie obejrzałem mecz tenisa, po prostu zakochałem się w tym sporcie. Błagałem rodziców, żeby zapisali mnie na ten sport, ale oni dobrze znali mój słomiany zapał i nie chcieli płacić za coś co mi się znudzi. Chodziłem już na zajęcia pianina, koszykówki, pływania, gry na gitarze, ale wszystko to mi się nudziło po dwóch czy trzech miesiącach, wytrzymałem tylko na tańcu towarzyskim, ale robię to tylko dla mojej mamy. Tym razem chciałem zrobić też coś dla siebie i byłem przekonany, że Tenis mi się nie znudzi. A przynajmniej tak mówiłem moim rodzicom. Po moich długich i męczących prośbach zgodzili się, zapisać mnie do klubu Tenisa i tak o to gram w nim już czwarty rok. Nigdy jeszcze nie zdobyłem na zawodach juniorów pierwszego miejsca, ale zdobyłem raz drugie, co i tak mnie bardzo cieszy. Trening odbywa się trzy razy w tygodniu po dwie godziny i w sobotę od ósmej rano do dwunastej po południu. Także tego dnia wróciłem do domu po dziewiętnastej. I znów przyszedłem na samą kolację, a potem poszedłem odrabiać lekcje. Jednakże tym razem nie było tak prosto, bo z pracą domową z matmy miałem spory problem i była tylko jedna osoba która mogła mi w tym pomóc. Właściwie to dwie, ale ojciec był jeszcze w pracy. Wziąłem swój zeszyt i poszedłem do pokoju siostry. Oczywiście zapukałem, bo ja w przeciwieństwie do innych, ZAWSZE pukam.
S: Proszę <usłyszałem to wszedłem>
Ja: Pomóż mi z matematyki
S: Ja? <udała zdziwioną> Chyba ostatnio mówiłeś, że nie będziesz mnie już o nic prosił.
Ja: Żartowałem..
S: A ja nie. <zignorowała mnie i wróciła do pisania czegoś na komputerze>
Ja: No weź... pomóż mi w tym. Nie bądź wredna.
S: Będę, bo wsypałeś mnie rodzicom <miała na myśli nocowanie u swojego chłopaka, a mówiła rodzicom, że jedzie do koleżanki>
Ja: Zrobiłem to, bo ty im powiedziałaś że próbowałem palić
S: Bo próbowałeś
Ja: Ale nie musiałaś mówić, zaraz to wyrzuciłem, to nie było dobre... <było ohydne, na serio>
S: Ja powiedziałam im dla twojego dobra
Ja: Od kiedy tak się przejmujesz moim dobrem? <wkurzyłem się>
S: Spadaj
Ja: Będziesz jeszcze czegoś chciała!
Wkurzony wyszedłem z jej pokoju trzaskając drzwiami. Nie potrafiłem jej zrozumieć. Dlaczego nie chciała mi pomóc? Co prawda mogłem na nią nie skarżyć, ale byłem wtedy na nią zły, nie myślałem przyszłościowo. Tak czy inaczej, mama słysząc naszą kłótnie, oczywiście zainterweniowała, więc chcąc nie chcąc musiałem pogodzić się z siostrą, a ona z wielką łaską pomogła mi w lekcjach. Oczywiście nie zawsze jesteśmy do siebie tak wrogo nastawieni, ale takie chwile wrogości między nami się zdarzają. I tak mi właściwie minął wtorek.
Chciałbym być kiedyś jak Roger Federer albo Djokovic Novak


Ciekawy blog, lubię blogi prowadzone w stylu pamiętnika.
OdpowiedzUsuńA tak poza tym: CO MASZ DO JAJECZNICY?! xD